Pełnię rolę ucznia

Tydzień z Wydziałem VII

Wywiad z Markiem Turkiem, jednym z inicjatorów powstania serii Wydział VII.

Jaką rolę pełnisz w projekcie serii komiksowej pt. „Wydział 7”?

Najogólniej rzecz biorąc, w tym projekcie pełnię rolę ucznia, ponieważ do tej pory, większość dużych projektów komiksowych, które realizowałem, to były rzeczy solowe (i czarno-białe), to tej nauki jest sporo. Na przykład na etapie scenariusza, zazwyczaj wystarczały mi notatki albo skrótowy scenopis, teraz uczę się, jak scenarzysta rozpruwa na kawałki mój wstępny treatment, składa go na nowo, dodaje swoje i na tej bazie buduje pełny scenariusz.

fb_img_15626555166568315589222106942872.jpg
Szkic okładki pierwszego zeszytu z serii Wydział 7 p.t „Operacja Totenkopf” autorstwa Grzegorza Pawlaka; źródło: FB Wydział 7

Przy okazji uczę się nie tylko jak robić sam scenariusz, ale też jakich błędów nie popełniać, jak negocjować ze scenarzystą ewentualne poprawki i jak pilnować, żeby za bardzo nie „popłynął”.

W następnej fazie uczę się, jak pracują inni rysownicy (a każdy pracuje trochę inaczej), jak ich nadzorować, jak z nimi negocjować, żeby podczas rysowania ilość powstających stron nie wymknęła się spod kontroli, jak ich poganiać na tyle, żeby za bardzo się nie zniechęcili itd. Itp.

Później uczę się jak dobierać i nakładać kolor, a że jestem daltonistą (słaba rozpoznawalność niektórych przejść tonalnych i odcieni), to jest to bardzo mozolna nauka.

W kolejnym etapie uczę się jak wkomponowywać w plansze dymki, w solowych projektach miałem to uwzględnione na etapie szkicowania, tutaj jest różnie, bo niektórzy rysownicy sami rozrysowują i komponują całość już na etapie storyboardu, inni zostawiają tę kwestię na sam koniec, jedynie w domyśle przewidując, że gdzieś te dymki będą. Ciekawe doświadczenie.

fb_img_156265546081715634681042765531.jpg
Finalna wersja okładki w wykonaniu Roberta Adlera; źródło: FB Wydział 7

Następnie uczę się jak przygotowywać makietę całego zeszytu, czasami jak zaprojektować okładkę, dobrać krój czcionki tytułu, gdzie i jak wepchnąć strony tytułowe i z dodatkami, jak podrabiać dokumenty i pieczątki, jak postarzać (wirtualnie) papier itp.

Dalej uczę się jak przygotować kolorowy komiks do druku ( to zupełnie inna robota niż przy komiksie czarno-białym), jakie są ograniczenia i możliwości drukarni, co może pójść nie tak na wszystkich etapach fizycznego powstawania komiksu.
Kolejny krok, który cały czas odkrywam, to dystrybucja, warunki narzucane przez hurtownie i księgarnie itd.

I na koniec, kontakt z mediami i czytelnikami. Do tej pory tłumaczyłem się właściwie tylko z tego co sam zrobiłem, teraz, razem z Tomkiem Kontnym, świecimy oczami za cały zespół (poniekąd słusznie, bo to my nie dopilnowaliśmy).

Na szczęście na każdym z tych etapów jest w grupie ktoś, kto wie lepiej, albo można się kogoś z zewnątrz zapytać, o rozwiązanie jakiegoś nietypowego problemu. W założeniu początkowym miałem przy tym projekcie jedynie rzucać pomysły, skończyło się na tym, że robię za ucznia, praktycznie na każdym etapie powstawania kolejnych zeszytów.

Ile osób odpowiada za tę inicjatywę?

Trzon grupy to oczywiście Tomek Kontny i moja nieskromna osoba, planujemy, ogarniamy kwestie techniczne i marketingowe (na miarę naszych skromnych możliwości), poganiamy rysowników itd.. Do tego, praktycznie od początku, w projekcie siedzi Grzesiek Pawlak, Robert Adler też właściwie cały czas patrzy nam na ręce i ostatnio Arek Klimek wpada co i rusz z jakimiś pomysłami i inicjatywami. Oczywiście jest jeszcze Leszek Kaczanowski (Ongrys), który nie tylko wydaje serię, ale też wnikliwie kontroluje materiał, często w ostatnim momencie wyłapując błędy czy sugerując jakieś rozwiązania (na różnych etapach), które nam nie przyszły do głowy albo umknęły.

Od pomysłu do jego realizacji minęło jakieś dwa lata, ale w tym „międzyczasie” dokładnie sobie rozpisaliście jak ten projekt ma wyglądać, z kim chcecie pracować, obszary odpowiedzialności. Czy w tym projekcie jest coś z romantycznego chaosu, czy to w pełni profesjonalny porządek?

Właściwie cały projekt to jedna, wielka burza mózgów, mamy nakreślone jakieś ogólne ramy, ale przy każdym zeszycie i praktycznie na każdym etapie wkrada się element improwizacji i twórczego chaosu. To jest profesjonalne (jak na nasze, ograniczone i skromne, rodzime warunki), ale jednocześnie cały czas spontaniczne.

Część autorów zgłasza się sama, do innych docieramy my, z różnym skutkiem (co jest dosyć oczywiste, bo strona finansowa nie jest tak atrakcyjna jak realizacja zleceń budżetowych czy reklamowych).

Obecnie mamy ogólnie rozpisany drugi sezon, czyli wiemy czym będziemy się zajmować przez najbliższy rok. Mamy też wstępnie dogadanych kilkoro autorów, już chyba tradycyjnie dobranych do scenariuszy, a nie pod kątem stażu w branży czy popularności.

Czy decyzja o nawiązaniu współpracy z Ongrysem też była przemyślana, czy wynikła z potrzeby posiadania wydawcy?

Akurat Ongrys był dosyć naturalnym i oczywistym wyborem. Pozostałe wydawnictwa raczej nie były zainteresowane (z różnych względów) wydawaniem tej serii w postaci zeszytówek, z kolei dla nas wydanie integrala raz w roku, nie było tym co chcieliśmy zrealizować.

Wydaje mi się, że wybraliśmy optymalne rozwiązanie, szczególnie, że obie strony dosyć dobrze rozumieją, czym jest i ma być ta seria.

Do kogo skierowane są komiksy z serii „Wydział 7”?

Do czytelników komiksów.

Staramy się robić komiks, który w jakiś sposób ma spełniać oczekiwania zarówno ludzi znających (i lubiących) nasze inne projekty. Jak i tych, dla których współczesna, rodzima scena komiksowa nie miała (pozornie) zbyt wiele do zaoferowania. Oczywiście, nie da się zadowolić wszystkich, ale, patrząc z perspektywy opublikowanych do tej pory zeszytów, udaje nam się zainteresować kilka, bardzo różnych grup czytelników, trafiając przy okazji nawet tam, gdzie do tej pory rodzime produkcje były całkowitą „terra incognita”.

Ambitnie postanowiliście pozyskać czytelników komiksów, którzy na co dzień nie czytają komiksów, a dokładniej sięgają po jeden-dwa tytuły, czyli po Żbika i Thorgala. Jakie działania marketingowe podejmujecie, żeby dotrzeć do tej grupy?

fb_img_15625627032821492624986925385886.jpg
Projekt okładki na etapie kładzenia tuszu przez Grzegorza Pawlaka. Źródło: FB Wydział 7

Mamy bardzo ograniczone możliwości i zerowy budżet, dlatego o poważnych działaniach marketingowych możemy rozmawiać chyba jedynie w formie żartu. Umówmy się, że nie wchodzi w grę np. wykupienie reklam na autobusach komunikacji miejskiej w stolicy naszego pięknego kraju, na wyeksponowanie „Wydziału” na prestiżowych półkach i witrynach dużych sieci księgarskich, też niestety nie mamy szans. Korzystamy z tego co mamy, wydaje nas wydawca reedycji „Żbika” i innych klasyków PRLu (czyli lądujemy w zasięgu wzroku wielu wielbicieli komiksów z tamtej epoki, często na tej samej półce w dziale z gazetami). Ongrys cierpliwie wprowadza zeszyty do Empików, co można potraktować jako formę reklamy, chyba skutecznej, bo mamy sygnały, że niektórzy czytelnicy właśnie tam odkrywają istnienie tej serii. Do tego oczywiście internet, ale bez nachalnych płatnych reklam (wiadomo), staramy się, żeby „Wydział” był widoczny na fejsbookowych grupach komiksowych, próbujemy dostarczać materiały do jak największej grupy recenzentów (portale, blogi, podcasty). Oczywiście nie do wszystkich docieramy, wielu nas ubiega i recenzuje z własnej inicjatywy, inni często wciąż nie mają pojęcia o naszym istnieniu (czyli sporo roboty przed nami) .

Niebagatelną rolę odgrywa dla nas też tzw. „marketing szeptany”, którego na szczęście nie musimy sami inicjować. Obserwując Instagrama czy Twittera, widzimy, że czytelnicy sami, bardzo spontanicznie przekazują sobie informacje i opinie o tej serii. Jaka jest skala takich działań? Wciąż nie wiemy. Czy docieramy wszędzie, gdzie powinniśmy? Na pewno nie. Ale cały czas seria jest na etapie „rozruchu”. Coś więcej będziemy mogli powiedzieć po zakończeni pierwszego sezonu.

fb_img_15625628009501470749634215014540.jpg
Trzy wersje okładki: w wykonaniu Grzegorza Pawlaka, Roberta Adlera oraz tzw. „blank”, gdzie może pojawić się taka ilustracja, jaką sobie wymarzysz.

Przed startem pierwszego tomu pojawiły się obawy, że spadnie na was krytyka za poruszanie „trudnych” tematów, jak choćby współpraca księży z „esbecją”? Z perspektywy czasu wydaje mi się, że obyło się od histerycznych reakcji i zastanawiam się czy to dla nowego projektu dobrze, czy źle? Bo jak kontrowersja, to większe zainteresowanie.

Liczyliśmy na znacznie większe kontrowersje w mediach „niekomiksowych”, jednak dopóki seria jest wydawana ze środków prywatnych i nie wchodzi „w przestrzeń publiczną” typu dystrybucja w szkołach/urzędach/na demonstracjach, to na zainteresowanie tego typu raczej nie mamy co liczyć.

Z drugiej strony, wbrew pewnym „kontrowersyjnym” pozorom, staramy się utrzymać bardzo wyważoną formę i treść, mocne osadzenie w realiach historycznych, jak najszersze spektrum ówczesnych środowisk i postaw (oczywiście przefiltrowane przez współczesną perspektywę). Trzeba by włożyć sporo wysiłku, żeby się do czegoś poważnie przyczepić,. Chociaż oczywiście pojawiają się głosy, szczególnie z tej najbardziej „prawej” komiksowej strony, okraszone komplementami typu „lewacy”. Jednak, patrząc na osoby siedzące w projekcie, współpracujemy z ekipą twórców o bardzo różnych poglądach i podejściu do rzeczywistości i doszukiwanie się jakiś „deklaracji światopoglądowych” jest chyba tylko wspomnianym przez Ciebie przejawem histerii.

Od wydania pierwszego zeszytu minęło już ponad pół roku, czyli możemy już porozmawiać o tzw. „słupkach sprzedaży”. Jak sprzedają się wasze komiksy?

Chyba jeszcze trochę za wcześnie na takie podsumowania, daliśmy sobie rok na „rozruch” i po tym okresie będzie odpowiedni moment, żeby na spokojnie usiąść i podsumować pierwsze wyniki.

Na chwilę obecną mogę jedynie powtórzyć za wydawcą, że seria sprzedaje się na tyle dobrze, że będzie kontynuowana. Z naszego punktu widzenia, jako autorów, nie osiągnęliśmy jeszcze założonego pułapu minimum (ale i tak będziemy kontynuować).

Kto sięga po wasze komiksy?

Najczęściej ludzie, chociaż widziałem też kilka zdjęć, na których sięgały koty i psy.

Które kanały dystrybucji sprawdzają się najlepiej?

Nie wiem na ile mogę ujawniać szczegóły, ale zdecydowanie dystrybucja internetowa i księgarnie specjalistyczne. Gdyby wydawca oparł się na utopijnej wizji skoncentrowania sprzedaży na dużych sieciach księgarskich, to już mógłby wycofać się z rynku. Jeśli chodzi o konkrety, to od trzeciego zeszytu, seria nie będzie dostępna w sieci „Kolporter”. Poziom sprzedaży był tam na tyle niski, że generował straty, nieadekwatne nawet do „zysków reklamowo-wizerunkowych”.

Czy to już ten czas, że wiecie czy utrzymacie wyznaczony kierunek, czy będziecie go zmieniać?

Nie za bardzo wiem co masz na myśli? Wyznaczony kierunek to doprowadzenie fabuły serii do roku 1989. Na razie nasze początkowe założenia się sprawdzają, a cała reszta w rękach czytelników.

Dziękuje za wywiad.

W cyklu „Tydzień z Wydziałem VII” ukazały się:

Dzień 1. „Tajna geneza Wydziału VII”, w którym przybliżyłem strukturę służb specjalnych w PRL oraz początki Wydziału.

Już jutro wywiad z Tomaszem Kontnym, scenarzystą komiksów z serii Wydział 7. Dowiesz się, czy udało mi się przekonać autora do odsłonięcia rąbka tajemnicy na temat przyszłych tomów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s