Chętnie zmieniałbym wszystko we wszystkim

Wywiad z Danielem Chmielewskim, który przeprowadziłem podczas Salonu Komiksu w trakcie Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie.

img_20181027_1304178906010691836709790643.jpg
Spotkanie z Danielem Chmielewskim prowadzone przez Rafała Kołsuta podczas Salonu Komiksu w Krakowie.

Zabrzmi to trochę prowokacyjnie, ale nie wiem o czym z tobą rozmawiać…

Ok…?

…bo chyba, nim porozmawiamy o komiksach, powinniśmy zacząć od książek, a dokładniej od tej autorstwa Olgi Tokarczuk pt. „Anna In w grobowcach świata”. Czy znałeś tę pozycję wcześniej, zanim zdecydowałeś się rozpocząć pracę nad jej adaptacją na komiks?

Nie. Czytałem „Grę na wielu bębenkach”, czy „Szafę”, czyli zbiór opowiadań i zdaje się, że tylko tyle. Natomiast moja żona jest wielką fanką prozy Olgi, dlatego jej książki mamy w domu na półkach. Kiedy trafiła się ta okazja, zacząłem sobie nadrabiać zaległości, zaczynając oczywiście od „Anny In…” a potem kolejnych.

Skąd wziął się pomysł na zaadaptowanie właśnie tej książki?

Inicjatorem był Wojciech Szot, który chciał wejść w mariaż literatury i komiksu. W związku z tym – w ramach jego linii „Nowy Komiks Polski” – wydawany jest „Stolp”, czyli seria rysowana przez Wojtka Stefańca, gdzie scenarzystą jest Daniel Odija, który na co dzień jest literatem.

Na początku nie było wiadomo, na ile udział Olgi Tokarczuk będzie istotny, ponieważ zbiorowo uznaliśmy, że będę działał samodzielnie. Wszystko zresztą ewoluowało, bo pierwotnie miało być dużo cytatów, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że syntetyzowanie samych idei, które są zawarte w konkretnych partiach tekstu wymaga napisania ich w zupełnie inny sposób i w związku z tym na nowo przetworzyliśmy utwór źródłowy.

Czy czujesz, że rozwinąłeś się artystycznie w trakcie prac na tym komiksem?

Tak, niewątpliwie. Czuję, że „Ja Nina Szubur” jest moim debiutem, że wszystko co zrobiłem dotychczas wydaje się być szkolnymi zabawami przed poważną pracą. Czy to „Zapętlenie”, które było dość kontrowersyjne, ale przyjęte całkiem pozytywnie, czy „Podgląd”, który wydaliśmy razem z Marcinem Podolcem i ukazał się również we Francji, obydwa były praktycznym polem doświadczalnym, które doprowadziło do tego albumu.

Czy z perspektywy czasu coś byś zmienił w tym komiksie?

Ja chętnie zmieniałbym wszystko we wszystkim. Nie wiem, na ile mogę zdradzać szczegóły personalne, ale „Ja Nina Szubur” jest w trakcie tłumaczenia na angielski. Ustaliliśmy z tłumaczką, że jeśli uzna coś za niezrozumiałe, to właśnie jest ten moment, w którym możemy wprowadzać zmiany. Ja też napisałem na nowo kilka partii teksu pod tę wersję, ponieważ przez ten rok, od kiedy skończyłem pracę, niektóre kwestie trochę mi się zestarzały i zobaczyłem, że można to inaczej rozegrać.

Mija właśnie dekada od kiedy wystartowałem z pierwszym komiksem („Zostawiając powidok wibrującej czerni” – przyp. red.) i myślałem żeby wydać ponownie tamten album. Nawet wydawca był chętny na taką inicjatywę, ale zreflektowałem się, że nie jestem pewien, co miałbym z tym zrobić, bo to zupełnie się zestarzało. Gdybym go przepisał, to już nie byłby ten sam komiks. Akurat byłem na spotkaniu z Łukaszem Orbitowskim, który też nienajlepiej wypowiadał się o swoim debiucie w kontekście tego, że czułby iż oszukuje swoich czytelników, gdyby oczekiwał od nich ponownego zapłacenia za coś przypisanego do tamtego czasu. Zupełnie się z nim zgadzam.

c95f3564-608e-4096-ab3d-2dd9b591e88f_600x463721578193734485.jpeg
Źródło: Wydawnictwo Komiksowe/ materiały promocyjne

Czy lubisz grać ze swoimi czytelnikami w odczytywanie twoich komiksów, ponieważ w „Ja Nina Szubur” jest do odkrycia mnóstwo znaczeń czy zwykłych smaczków?

Ja bardzo nie lubię linearności, którą uważam za eksperyment kulturalny wynikły z rozwoju druku, a który funkcjonuje przez lata. Teraz jest wypierany przez np. internet czy inne audiowizualne narzędzia na rzecz kultury mozaikowej, jak ją określił McLuhan, gdzie jest wiele bodźców, które uderzają nas z każdej strony. Dajmy na to artykuł na Wikipedii, gdzie zanim dobrniemy do jego końca to klikniemy na kilka linków i poskaczemy po różnych zakładkach. Wydaje mi się to bardziej ekscytujące i naturalniejsze dla odbiorcy. Jestem ograniczony faktem, że linearność jest przypisana książce, bo trzeba – oprócz jakiś wyrafinowanych eksperymentów – czytać ją według ustalonego klucza, choćby od lewej do prawej. Wszelkie sposoby przełamania tego są dla mnie bardzo istotne, dlatego czytanie moich komiksów tylko jeden raz, raczej nie przyniesie pełnej satysfakcji. Może tylko zaintryguje pod względem graficznym czy w ogólnym zarysie fabularnym. Staram się, żeby były tzw. „wielokrotnego użytku” i żeby ta przyjemność budowała się przez odkrywanie – po każdej kolejnej lekturze – jak te wszystkie rzeczy się łączą.

Prace nad „Ja Nina Szubur” rozpocząłeś w specyficznym dla siebie okresie w życiu i czy można pokusić się o stwierdzenie, że ten komiks pozwolił Ci złapać drugi oddech?

Na pewno. Kiedyś po ukończeniu akademii (Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie – przyp. red.) powiedziałem sobie, że nie interesuje mnie praca w agencji reklamowej, ale chcę być artystą po godzinach, który żyje wśród normalnych ludzi. Z perspektywy widzę, że była to decyzja bardzo nieprzemyślana. Byłem tuż po wydaniu „Podglądu” i „Zapętlenia”, które ukazały się w podobnym momencie, a pracowałem wtedy w firmie kurierskiej na tzw. „słuchawce”. Była to okropna praca, w którą sam się uwikłałem i czego bardzo żałowałem, bo najzwyczajniej nie nadawałem się do tego. Moja przełożona zdecydowała się nie przedłużać ze mną umowy, co dziś uważam za jedną z najlepszych rzeczy jaka mogła mi się przytrafić. Zrozumiałem wtedy, że albo nadal będę szukał kolejnej, kiepskopłatnej pracy albo jest to ostatnia chwila, żeby wrócić na właściwe tory. Trochę się bałem, że będzie bardzo kiepsko, ale wtedy zgłosił się do mnie Wojtek Szot z „Niną…”, ale również Katarzyna Szaulińska. Z tą scenarzystką, poetką i psychiatrą zrobiliśmy wspólnie „Czarne Fale”, czyli komiks o radzeniu sobie z depresją wśród młodzieży gimnazjalnej, co okazało się wielkim sukcesem. Te dwie aktywności pozwoliły mi ponownie odczuć, że jestem twórcą komiksowym i powinienem się tylko temu poświęcić.

A jak odnalazłeś się w rzeczywistości po zakończeniu pracy nad „Ja Nina Szubur”?

Bardzo kiepsko, ponieważ zupełnie przesadziłem jeśli chodzi o zaangażowanie. Komiks powstawał ponad dwa lata, a przez ostatnie pół roku żyłem tylko nim i mój mózg wyłączył się na wszystko inne. Potem potrzebowałem się zregenerować, bo nie potrafiłem czytać i przyswajać kultury, właściwie to wegetując. Potrafiłem się jeszcze odnaleźć podczas warsztatów, ponieważ większość czasu w tygodniu poświęcam na uczeniu dzieci komiksu, ale wszystko co było poza sferą zawodową już u mnie leżało. Dopiero po kilku miesiącach wszystko wróciło na właściwe tory.

Czy jest coś co obecnie równie mocno ciebie angażuje?

Przede wszystkim zajmuję się propagowaniem komiksów na swoich warsztatach, jeżdżę też po Polsce na zaproszenie różnych instytucji. Prowadzę szkolenia, jak choćby dla bibliotekarzy, w jaki sposób mogą korzystać z komiksu, nie tylko jako prostego ekwiwalentu literatury dla dzieci, które nie lubią czytać, ale jako medium, które może angażować na różne sposoby. Od dwóch lat, kiedy rozpocząłem swoje zajęcia zajmuję się taką pracą u podstaw i widzę jak dzieci potrafią poruszać trudne dla siebie tematy poprzez łączenie obrazu i słowa pisanego. W ten sposób – jak ja to lubię nazywać – objaśniają sobie świat.

Dziękuję za rozmowę.

Jedna uwaga do wpisu “Chętnie zmieniałbym wszystko we wszystkim

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s