Trudne początki podboju kosmosu

Jeśli miałbym napisać moje wrażenia z lektury komiksu „Bohaterowie kosmosu: Furkot” to powinien być bardzo krótki wpis, czyli taki, jakim jest ta historia. Postaram się jednak bardziej rozwinąć tekst o moje hipotezy dotyczące powstania albumu i przemyślenia na temat przyszłości serii.

Zaczęło się od tego, że Karol Kalinowski postanowił rzucić „w diabły” swoją dotychczasową pracę, żeby żyć z rysownia komiksów. No, powiedzmy, że z rysowania. No dobra, powiedzmy, że z tworzenia komiksów, rysowania zleceń, produkowania odzieży, gadżetów i innych takich, a także z własnego parku rozrywki i sprzedaży praw do postaci dla wielkich wytwórni filmowych. Jednym słowem (albo w dwóch) jego spokojne i poukładane życie miało nabrać rozpędu armatniej kuli, o czym (możliwe) sam twórca jeszcze nie wiedział.

A potem przyszła proza życia.

Tak oto skończył się okres Karola Kalinowskiego, który będąc na etacie w bibliotece, po godzinach kreował sobie komiks i jak zachciało mu się pomysł rozwinąć, to rysował kolejne rozdziały, i tak dalej, i tak dłużej, tak przez lata. Bez presji, bez nacisków, bez konsekwencji. Ot, najwyżej świat by o nim zapomniał. Zaczął się zaś okres KRL-a, Maxa Atlanty, albo po prostu „twórcy na swoim”, dla którego czas nie jest z gumy, a każda decyzja wiąże się z jej samodzielną realizacją i ponoszeniem konsekwencji własnych działań. Gdzie sukces nabija własną kieszeń, a porażka tę kieszeń skutecznie opróżnia. Gdzie ryzyko, to własne ryzyko, a nie kogoś z zewnątrz.

Jak rodził się Furkot.

Karol rozpoczął mozolną pracę nad nowym komiksem, która polegała na objechaniu Polski wzdłuż i wszerz, rozmawianiu z sympatykami jego twórczości, udzielaniu wywiadów, spotkaniach autorskich, rysowaniu po albumach i wpisywaniu autografów. Jak widać, miejsca na właściwe rysowanie było w tym niewiele. A potem przyszły zlecenia, terminy i czas nagle skurczył się niemiłosiernie. A Furkot był tylko w planach, no i może na szkicach.

Aż wreszcie się ukazał.

fb_img_1519203838782336855928.jpg
Okładka komiksu, źródło: FB autora.

Premiera komiksu miała mieć miejsce podczas festiwalu kultury niezależnej (zwanej również śmieciową), czyli Szlamfestu. Terminu udało się dotrzymać, ale wydany zeszyt jest pochodną wszystkich sytuacji, jakie miały miejsce w trakcie jego powstawania.

Po krótce, historia zaczyna od pogrzebu ojca bohatera, co w konsekwencji prowadzi do wygnania z królestwa jego syna, Furkota. Udaje mu się wylądować na innej, nieprzyjaznej planecie. Przy okazji uniknąć śmierci, która nie daje o sobie zapomnieć. Całość jest kosmiczną przygodą bardziej „fiction” niż „sience” i przypomina gwiezdne przygody z lat siedemdziesiątych, gdzie każdy zwrot akcji rozwiązywany jest w najbardziej nieprawdopodobny sposób. Widać, że niczym nieograniczona wyobraźnia autora działała tu na pełnych obrotach. Całość czyta się… szybko, ale nie odbiera to niczego z satysfakcji z lektury. Ot, „zeszytówka” na szybkie „posiedzenie” (hmm, chyba nie dodałem, że komiks wydany jest w formacie i objętości amerykańskich zeszytów, co niniejszym czynię).

Zawsze jest jakieś „ale”.

Niestety, oprócz niesamowitej ekspozycji pomysłowości KRL-a dostaliśmy też komiks, który sprawia wrażenie rysowanego w pośpiechu. Do tego z kilkoma „literówkami”, które twórca sam wymienia w dołączonej erracie (sam dopatrzyłem się jednej więcej, a raczej nie zwracam na to uwagi). Możliwe, że taki był pomysł autora, aby stworzyć komiks nawiązujący do „złotej ery” komiksu z wszystkimi jego zaletami i wadami. Obawiam się jednak, że to jedynie moja nadinterpretacja.

img_20180403_075720853~21778211753..jpg

Za ile warto przygarnąć kotka.

Dochodzimy jeszcze do kwestii ceny. Zeszyt kosztuje 25zł, co nie wydało mi się ceną wygórowaną, ale znajomi, z którymi rozmawiałem na ten temat uznali, że to zbyt dużo. Rozumiem, że są fani twórczości Karola Kalinowskiego, którzy płacąc taką kwotę, robią to z myślą, że wspierają samego artystę i nie jest dla nich problematyczna. Pojawia się jednak pytanie, do kogo autor chce dotrzeć ze swoją twórczością? Czy do fanów, czy do szerokiej rzeszy czytelników komiksów, a może do osób spoza kręgu „światka” komiksowego?

Obawiam się, że sympatycy twórczości zrozumieją i zaakceptują, choć stopniowo będą się wykruszać, a pozostali, jeśli już sięgną, to jednorazowo. Z moich obserwacji rynku wynika, że częściej startuje się z dobrym produktem, by potem powolutku go „degenerować” tnąc koszty na czym się da, niż z gorszym licząc, że zdobędzie się fundusze na kolejne, bardziej dopracowane edycje.

Karol, który rezygnował z „parasola ochronnego” jakim było wsparcie wydawcy, wykazał się duża odwagą – graniczącą z brawurą – angażując się w ten projekt. Podejrzewam, że wiele sytuacji, które wydarzyły się w tzw. „międzyczasie” były dla niego zupełnym zaskoczeniem. Jestem pod wrażeniem, że nie zrobił tego pozyskując funduszy z akcji crowfundingowych czy innych przedpłat, a zainwestował w to własne pieniądze. Jestem przekonany, że szybko odrobi lekcje i kolejny zeszyt p.t. „Turbo Lechici” będzie bardziej dopracowany.

Na razie artysta uchylił nam zaledwie rąbka swojego uniwersum. Widać, że ma pomysł na serię i mam nadzieję, że moje uwagi i pieniądze, które wydałem i wydam na kolejne zeszyty, mu w tym pomogą. Bo tak, ja podpisuję się pod tym projektem i nadal jestem przekonany, że przyszły park rozrywki jest jak najbardziej realny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s