Kup Pan książkę.

Coś, gdzieś mi się tam wcześniej obiło o uszy, że są plany „pomajstrowania” przy cenach książek. Jako czytelnik i klient pomyślałem, że może to dobrze, bo rynek jest zwariowany i może coś się unormuje. Teraz dotarłem do listu kilkunastu wydawców (w tym komiksowych) do ministra kultury i musze przyznać, że jego lektura otworzyła mi oczy.

Źródło zdjęcia: Pixabay.com

Pisząc notkę o sobie wspomniałem, że jestem fanem słowa pisanego (nie, nie wyprę się tego). Oznacza to mniej, więcej, że czytam znacznie więcej niż „przeciętny Kowalski”. Choć pewnie jest jakiś Kowalski (jacyś Kowalscy), który czyta równie dużo, a może i przebija mnie w swoim czytelnictwie.

Z racji tego, że w pobliżu mojego osiedla biblioteki publicznej nie uświadczysz, a praca i inne obowiązki niespecjalnie pozwalają mi na zapisanie się do jakiejkolwiek dalszej, skazany jestem na kupowanie. Z wygody czynię to za pośrednictwem internetu, bo prościej mi porównać oferty, skompletować przesyłkę, czy pobrać na czytnik. Przede wszystkim, bo jest taniej, co nie oszukujmy się, dla osoby czytającej ponadprzeciętnie, jest ważne. Oczywiście, zapytany zawsze „biadolę” nad jakością oferty komiksowej w krakowskich księgarniach i mizerią (jeśli chodzi o liczbę) typowych sklepów komiksowych, co również ma znaczny wpływ na poszukiwanie w zasobach sieci.

Pewnie nadal trwałbym w swojej nieznajomości tematu, gdyby wreszcie planowane zmiany nie dotknęły mnie osobiście. Postanowiłem więc trochę wgryźć się w temat.

Odświeżony kotlet.

Warto nadmienić, że sam pomysł nie jest nowy, bo już 10 lat temu rozważano takie rozwiązanie.

W swoim założeniu ustawa o jednolitej cenie książki oparta na przygotowanym projekcie Polskiej Izby Książki zakłada, że cena książki przez rok od daty wprowadzenia jej na rynek będzie mogła być obniżona maksymalnie o 5 proc. Jednolita cena będzie obejmowała wszelkie dodatki sprzedawane wraz z książką, takie jak zdjęcia, taśmy magnetyczne czy inne nośniki utworów muzycznych i audiowizualnych. Dla takiego czytelnika jak choćby ja, może to oznaczać, że gdziekolwiek nie sięgnę po wybraną przez mnie „nowość” wydawniczą, zapłacę tyle samo. Jasne, fajnie że nie będę czuł się jak idiota, kiedy kupię sobie książkę w sklepie „A”, kiedy w sklepie „B” była kilkadziesiąt złotych tańsza. No tak, ale ja po długich poszukiwaniach, znajduję tą najtańszą, lub zbliżoną do najtańszej. Czy to będzie oznaczało, że po wejściu ustawy zapłacę po prostu więcej i co najwyżej będę miał satysfakcję, że inni nie mieli lepiej.

Z pewnością wtedy powstanie kilka sklepów komiksowych, bo już będą miały szansę się utrzymać na rynku. Tylko wcale nie jestem pewien czy zdecyduję się tam na stałe zakupy. Na pewno będę kupował mniej. Może pogodzę się z „trykociarzami” i zainwestuję np. abonament na Marvel Unilimited, gdzie za równowartość jednego „fizycznego” komiksu będą mógł czytać tysiące „zeszytówek” z różnymi bohaterami w wersji cyfrowej.

Czyli, ja z przyczyn budżetowych będę kupować mniej niż kupowałem, a ci co nie kupowali, po wprowadzeniu zmian… Hmm, chciałbym wierzyć, że zaczną nabywać częściej. Ciekawe, czy o to właśnie chodzi tym wszystkim organizacjom z książką w tytule, którzy biadolą nad słabością rynku.

Bo branża jest w kryzysie.

Jak wynika z wypowiedzi prezesa Izby Księgarstwa Polskiego dotyczącej polskiego rynku księgarskiego „cała branża jest w kryzysie”. Dotyczyć to ma mniejszych miejscowości, co z mojej perspektywy (krakowskiej) faktycznie może być niezauważalne, bo tu księgarni jest sporo. Wpływ na słabą kondycję sklepów z książkami miał mieć spadek sprzedaży podręczników po tym jak Ministerstwo Edukacji Narodowej samodzielnie zaczęło wydawać podręczniki dla klas 1-3. Głos w dyskusji zabrał też Włodzimierz Albin, prezes Polskiej Izby Książki – W tej chwili jest tak, że potem każdy może sprzedawać tę książkę po cenie jakiej chce, przez co duże markety książkowe, internet, „zabijają” małych wydawców, którzy nie mają takiej siły ekonomicznej, żeby traktować te nowe podmioty jako elementy marketingowe”. No dobrze, ale ludzie z jakiś powodów odchodzą od księgarń stacjonarnych. Jeśli ktoś swoją sprzedaż opiera na szkolnych pozycjach i cenach, a nie szuka innych rozwiązań, to może faktycznie powinien zwinąć interes. To tak, jakby wspierać restauracje, bo zabijają je „fastfudy”. No nie, bo jak pojawiają się żywieniowe „sieciówki”, to restauratorzy nie rywalizują tylko ceną, ale szukają innych rozwiązań, jak choćby zmieniają ofertę, dodają „atrakcje” itp.

Pomysł z poprzedniej epoki.

Przeciwnicy ustawy argumentują, że ustawa w żaden sposób nie wzmocni małych, ale tych największych na rynku księgarskim, bo ci będą mieli większy wpływ na wydawców i np. na tworzenie specjalnych „edycji” książek przeznaczonych tylko dla nich choćby z inną okładką i w niższej cenie. „Więc mały sprzedawca, mały księgarz nie wymusi takiej specjalnej edycji dla siebie, a ci wielcy wymuszą i będą w lepszej sytuacji niż ci mali” – zauważył dr Bartłomiej Biga z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Niezadowoleni są też księgarze internetowi, zwracający uwagę, że ceny książek na pewno będą wyższe, bo nikt nie będzie mógł udzielać rabatu na „nowości” a to z pewnością zmniejszy handel w sieci, a co spowoduje, że „dostępność książki dla wielu czytelników z mniejszych miejscowości będzie po prostu trudniejsza”.

No i są ci, którzy krytykują bez argumentów, twierdząc jedynie, że to pomysł jak za komuny, gdzie w ten sposób zabijano gospodarkę rynkową.

A co na to wydawcy?

Poniżej prezentuję list otwarty, w którym wydawcy książkowi i komiksowi przedstawili swój głos w dyskusji.

„Szanowny Panie Ministrze,

w nawiązaniu do prośby o przekazanie do resortu przez przedstawicieli środowisk związanych z polskim rynkiem książki i czytelnictwem uwag w sprawie ustawy o jednolitej cenie książki my, właściciele niewielkich wydawnictw, przedstawiamy swoje stanowisko.

Wyrażamy swój sprzeciw wobec ustawy o jednolitej cenie książki, gdyż uważamy, że ustawa ta pogorszy wyjątkowo trudną sytuację małych wydawców literatury niszowej, specjalistycznej i popularnonaukowej, spowoduje spadek czytelnictwa, a być może także spowoduje wzrost cen książek.

Podstawowym argumentem jest brak zapisów w ustawie dotyczących poszczególnych ogniw dystrybucji. To sprawi, że dysproporcje pomiędzy ceną zakupu przez hurtownie/sieci a ceną okładkową pozostaną bez zmian. Na takiej sytuacji zyskają dystrybutorzy książek – przeważnie wielkie sieci, w tym ta oparta o zagraniczny kapitał. Wydawcy oraz polscy księgarze stracą na wprowadzeniu stałej ceny książki. Docelowo stracą więc także czytelnicy: ograniczona zostanie oferta małych i średnich wydawców, wiele tytułów nigdy nie zostanie wydanych, a czytelnicy stracą możliwość zakupu w promocyjnych cenach stosunkowo drogich książek niszowych, specjalistycznych lub popularyzujących wiedzę i wspierających proces długotrwałego uczenia się, a także twórczego rozwoju. Jeszcze bardziej widoczna i dostępna stanie się oferta „książkopodobna” – czytadeł i poradników kodowanych na podstawowym poziomie kompetencji językowej, a czasem nawet pisanych wbrew zasadom poprawnej polszczyzny i wydawanych z pominięciem prawideł sztuki edycyjnej. Aby zobrazować powyższy argument, posłużmy się przykładem: książka w cenie okładkowej 40,00 zł jest dostarczana do hurtowni w cenie 20,00 zł. W tych 20,00 zł zawiera się koszt praw autorskich, tłumaczeń, druku, redakcji, korekty, grafiki i niewielki zysk wydawcy (ok. 4 zł). Obniżenie ceny okładkowej o 20% (z 40,00 do 32,00 zł) spowoduje, że hurtownia będzie kupować tę książkę za 16,00 zł, a więc zysk wydawnictwa wyniesie 0,00 zł. Żaden zapis ustawy nie ogranicza marż dystrybutorów, więc nie będzie żadnego powodu do obniżenia ceny okładkowej. Zaznaczamy, że dystrybutorzy/sieci/ hurtownie (bazujące na rabatach 50%-60%, które ze względu na ustawę wcale nie ulegną zmianie) generują dla wydawcy większą część zysku ze sprzedaży tytułu. Zysk płynący ze sprzedaży w niewielkich księgarniach stacjonarnych jest w porównaniu do sprzedaży przez sieci marginalny. Odnosimy wrażenie, że zwolennicy ustawy nie zdają sobie sprawy z tego, że między czytelnikiem a wydawcą stoi dystrybutor, który i tak zachowa swoje 50%-60% rabatu od wydawcy.

Dodatkowo trudno oprzeć się wrażeniu, że autorzy ustawy próbują za wszelką cenę uregulować zjawiska związane ze zmianą paradygmatu komunikacji społecznej będące następstwem rewolucji technologicznej. Wiara w to, że ustawa o stałej cenie książki „przeniesie” klientów sklepów internetowych do księgarń stacjonarnych jest wyjątkowo naiwna. Rynek e-commerce i m-commerce rozwija się niezwykle intensywnie na całym świecie, także w Europie. W naszym kraju rośnie o kilkanaście procent rocznie. W samym 2016 roku osiągnął wartość ponad 36 mld zł. Klienci kupują w internecie nie tylko ze względu na rabaty, ale też z wielu innych przyczyn, których nie zmieni ani ustawa o cenie minimalnej książki, ani inna regulacja. Co więcej, księgarnie internetowe są dobrodziejami małych i średnich wydawców – dzięki elastyczności i sprawności w docieraniu do grup docelowych szybko przyciągają klientów, a pieniądze z tytułu sprzedanych książek błyskawicznie odprowadzają do wydawców. To niebagatelny argument za wspieraniem rozwoju księgarni internetowych. Podczas gdy dystrybutorzy książkowi pracują z wydawcami w oparciu o terminy płatności 140-180 dni i średnio spóźniają się z płatnością o dodatkowych 30-60 dni, mali księgarze internetowi rozliczają się z wydawcami w terminach do 30 dni. Dziś to oni głównie zapewniają małym oficynom płynność finansową. Wielkie sieci dystrybutorskie prowadzą natomiast groźne działania księgowe mające charakter żonglowania należnościami – dokonują u wydawców dużych zamówień (unikanie opodatkowania), by następnie, kilka miesięcy później, dokonywać znacznych zwrotów (unikanie rozliczenia z wydawcą).

Jesteśmy przekonani, że ustawa będzie skutkować znacznym spadkiem sprzedaży nowości wydawniczych i ograniczy liczbę premier, zwłaszcza tytułów wartościowych, wymagających dużych nakładów pracy i nakładów finansowych. Czytelnicy, zniechęceni wysoką ceną, nie będą chętnie sięgać po nowości, po roku od premiery natomiast nie będą już o nich pamiętać. Ponieważ w mediach promuje się właściwie tylko nowości (tytuł przestaje funkcjonować jako „nowość” po około 6 miesiącach od daty wydania), promocja danej książki, której nikt ze względu na wysoką (w domyśle: pozbawioną rabatu) cenę nie kupi od razu, traci sens.

Ograniczenie możliwości sprzedaży nowości spowoduje konieczność zmniejszenia nakładów poszczególnych tytułów, co oznacza wzrost kosztów produkcji książki i – w konsekwencji – wzrost jej ceny okładkowej.

Zapisy w ustawie ograniczające rabat dla bibliotek spowodują, że biblioteki, dysponując takimi samymi środkami jak dotąd, kupią znacznie mniej książek, co przełoży się na spadek czytelnictwa. Obecnie biblioteki kupują książki w przetargach, a rabaty dla nich sięgają 40%. Wprowadzenie ustawy spowoduje, że biblioteki zrezygnują z zakupu dzieł ambitnych czy niszowych na rzecz popularnej literatury publikowanej przez wydawniczych gigantów, co w konsekwencji znacznie uszczupli i zuboży ofertę wydawniczą w Polsce w ogóle.

Niebagatelne znaczenie mają również w projektowanej ustawie zapisy ograniczające rabaty podczas targów i imprez: spowoduje to zmniejszenie zainteresowania takimi imprezami ze strony odwiedzających, co jednoznacznie przełoży się na spadek czytelnictwa. Obecnie takie imprezy są świętami książek i należy je wspierać, a nie tworzyć przepisy, które w nie uderzają.

Pragniemy jeszcze raz podkreślić, że zapisy ustawy uderzą przede wszystkim w małych wydawców, dla których sprzedaż nowości jest niezwykle istotna z biznesowego punktu widzenia. Warto przypomnieć, że to niewielkie wydawnictwa wprowadzają na rynek niszowe książki, które wzbogacają ofertę wydawniczą. To głównie dzięki małym wydawcom w Polsce dostępna jest literatura czeska, słowacka, rumuńska, grecka. Ustawa wpłynie także negatywnie na wydawanie polskiej literatury – nie należy zapominać, że gros wydawców specjalizuje się w rodzimej twórczości: w tej sytuacji spadnie liczba debiutów prozatorskich, a i tak fatalna sytuacja, w jakiej znajduje się polska poezja, nie tylko nie ulegnie poprawie, ale dotrze do katastrofalnego poziomu. Ucierpi nie tylko twórczość młodych stażem literatów, pogorszeniu ulegnie sytuacja nawet autorów o ustabilizowanej pozycji na rynku – czytelnik nie wyda więcej na zakup nowości wydawniczych, więc liczba zakupionych pozycji ulegnie zmniejszeniu. Bardzo dolegliwe z punktu widzenia rozwoju polskiej gospodarki może okazać się ograniczenie działalności wydawców funkcjonujących w obszarze literatury faktu, w tym literatury popularnonaukowej. Książki popularyzujące największe odkrycia naukowców czy dokonania zespołów badawczych w dziedzinach takich jak: ekonomia, energetyka, astronomia, medycyna i inne – już dziś stanowią wyjątki na polskim rynku książki. Warto zwrócić uwagę, że literatura ekonomiczno-biznesowa to w Polsce przede wszystkim mało wartościowe poradniki typu „jak osiągnąć sukces”. W Polsce nie tłumaczy się albo tłumaczy bardzo mało książek laureatów ekonomicznej Nagrody Nobla, laureatów Medalu im. Johna Batesa Clarka, nie sprzedaje się monografii polskich naukowców itd. Wydawanie książek, które dostarczają wiedzę, wymaga wiedzy i zasobów finansowych, a także stabilnego, sprzyjającego takim przedsięwzięciom otoczenia rynkowego, którego w Polsce od zawsze brakowało.

Z podanych wyżej powodów uważamy, że aby uzdrowić polski rynek książki, należy przede wszystkim przemyśleć uregulowanie maksymalnych pułapów marż dystrybutorskich. Można ewentualnie także przemyśleć wyłączenie spod ustawy o jednolitej cenie książki wydawców o niewielkim obrocie (na przykład poniżej 3 mln zł rocznie).

Dobrym przykładem na to, jak podobna ustawa bardziej szkodzi niż pomaga rynkowi czytelniczemu i wydawniczemu jest Izrael – tam po roku obowiązywania ustawy o stałej cenie książki (ustawa, która tak jak przygotowywany polski projekt miała w założeniu chronić autorów, wydawców i księgarzy) sprzedaż nowych tytułów spadła o 35%, zaś ogólna sprzedaż o 15%. Powodem był fakt, że klienci wybierali starsze tytuły, których ustawa nie obejmowała. Ustawa w Izraelu została zniesiona po 2 latach obowiązywania, wbrew obowiązującemu w tym kraju zwyczajowi niezmieniania prawa przez 4 lata od uchwalenia. Stało się tak, ponieważ dewastacja rynku książki okazała się tak duża, że niezbędna była natychmiastowa reakcja. Warto więc pochylić się nad tym przykładem i uczyć się na doświadczeniach innych, a nie niszczyć. Analiza sytuacji udowodniła, że ustawa najmocniej dotknęła młodych i mniej popularnych autorów, ponieważ wydawcy w takiej sytuacji nie chcieli ryzykować wydania książek w ogóle. W tym miejscu warto także zwrócić uwagę, że powoływanie się przez zwolenników ustawy o jednolitej cenie książki na przykłady innych krajów, takich jak Francja, jest kontrproduktywne. Legislacje te wprowadzone zostały przed wieloma laty, jeszcze zanim upowszechnił się internet i zaczął rozwijać – także książkowy – rynek e-commerce oraz rynek książek elektronicznych.

Jeżeli Panu Ministrowi leży na sercu stan polskiego czytelnictwa, kondycja polskiego rynku książki, a także przyszłość intelektualna i potencjał twórczy Polaków proponujemy, by rozpocząć działania na następujących polach:

Po pierwsze – ustalenie maksymalnego pułapu marży, jakie od wydawcy może pobierać dystrybutor. Dziś poziomy te wahają się między 50 a 60% (czasem więcej). Jeszcze w latach 90. było to 9%. Nic dziwnego, że kondycja czytelnictwa była lepsza.

Po drugie – uleczenie patologicznej sytuacji, jaką są 140-180 dniowe terminy płatności. W księgarniach stacjonarnych a także internetowych klient musi zapłacić za książkę natychmiast (gotówką, kartą, w internecie – przedpłata). Od lat mali wydawcy próbują zrozumieć, co dzieje się przez ponad 180 dni z kwotą, którą czytelnik uiszcza za ich książkę w sklepie. Smutna rynkowa prawda jest taka, że mali wydawcy wciąż udzielają olbrzymich, wielomiesięcznych (często większych niż roczne), nieoprocentowanych kredytów kupieckich wielkim sieciom dystrybutorskim.

Po trzecie – wprowadzenie zasad antymonopolowych na rynku, na którym głównymi ruchami są konsolidacje pionowe. Zakazanie skupiania w ramach jednej grupy kapitałowej firm dystrybutorskich, wydawnictw i drukarń. Sytuacja, z którą dziś mamy do czynienia, powoduje, że wielkie grupy kapitałowe finansują wydawanie swoich książek z pieniędzy, które w ich sklepach/ sieciach/ hurtowniach zostawiają klienci lub mali księgarze, płacąc za towar małych wydawców. 

Po czwarte – obniżenie stawki VAT dla e-booków do maksymalnie 5%.

 Kamila Buchalska i Tomasz Zaród, Książkowe Klimaty Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera Szymon Holcman, Kultura Gniewu Paweł Timofiejuk, Timof i Cisi Wspólnicy Hanna Mirska-Grudzińska, Marginesy Grzegorz Zalewski, Wydawnictwo Linia Katarzyna Kozłowska, Kurhaus Publishing Katarzyna Kamieniarz, OMG! Wytwórnia Słowobrazu Iwona i Maciej Pietrasikowie, Taurus Media Jakub Syty, Kubusse Igor Zalewski, wydawnictwo The Facto Anna Zdrojewska-Żywiecka, Wydawnictwo Mamania, Grupa Wydawnicza Relacja Mirosław Śmigielski, Wydawnictwo Stara Szkoła”.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s